Szczęść Boże,

na koniec rekolekcji powiedział Ojciec, że można pisać i dzielić się tym, jak Bóg działał w czasie rekolekcji. Bardzo chcę się podzielić z tym wszystkim, co Pan zdziałał nie tylko w czasie tego ostatniego tygodnia. Poza tym napisanie tego pozwoli mnie samej wyraźniej to zobaczyć, a może też posłuży ku pożytkowi czytającym. Zresztą, pewna narracyjność cechuje chyba każdego człowieka: opowiadanie, tworzenie historii. Tyle że w mojej opowieści, głównym bohaterem jest Bóg (co nie znaczy, że bohater, którego nazywam "ja" nie próbuje Go zepchnąć na pobocze akcji).

Szczęść Boże,

na koniec rekolekcji powiedział Ojciec, że można pisać i dzielić się tym, jak Bóg działał w czasie rekolekcji. Bardzo chcę się podzielić z tym wszystkim, co Pan zdziałał nie tylko w czasie tego ostatniego tygodnia. Poza tym napisanie tego pozwoli mnie samej wyraźniej to zobaczyć, a może też posłuży ku pożytkowi czytającym. Zresztą, pewna narracyjność cechuje chyba każdego człowieka: opowiadanie, tworzenie historii. Tyle że w mojej opowieści, głównym bohaterem jest Bóg (co nie znaczy, że bohater, którego nazywam "ja" nie próbuje Go zepchnąć na pobocze akcji).

Dzieliłam się podczas Eucharystii niedzielnej tym, że Jezus dotknął mnie Swoją Miłością. I wygląda na to, że po raz pierwszy rzeczywiście za coś podziękowałam Bogu z radością w sercu. Ale może od początku. (Jeśli będzie to nudne, trudno. Może to zastrzeżenie stąd, że takie świadectwa były dla mnie zawsze trochę nudne, bo uważałam piszących za naiwniaków, egzaltujących się jakimiś przemijającymi emocjami.)

Odkąd pamiętam, zawsze szukałam głębszej relacji z Bogiem. Już w szkole podstawowej chodziłam na codzienne Msze św., należałam zawsze do jakiejś grupy działającej przy kościele. Starałam się pogłębiać znajomość Biblii (szczególnie od strony historyczno-geograficznej). Widząc drętwość codziennych nabożeństw w kościele, starałam się tym mocniej poznać treści, jakie ze sobą niosą, co tak naprawdę oznaczają (bo nie chodzi mi tylko o Mszę św.). Oczywiście jeździłam na rekolekcje, warsztaty biblijne, itd.

Nic/Nikogo nie znalazłam. Zaczęły się poszukiwania wśród innych religii. Spełzły na niczym. Wydaje mi się, że z powodu pewnej obcości kulturowej, jaką prezentowały. Doprowadziło mnie to tylko do tego, że skoro jest taka mnogość religii (teraz bardziej je pojmuję jako drogi do Boga), to żadna nie jest prawdziwa.

Pomimo tego, jakość w kościele trwałam. Pełna pytań, buntu, poszukiwań. W połowie liceum poznałam chłopaka. W końcu mogłam doświadczyć czułości, troski, której do tej pory mi brakowało. Pojawił się problem życia w czystości. Zaczęliśmy nawet czytać "Miłość i odpowiedzialność". Jednak jak już się zaczęło zjeżdżać ze zjeżdżalni, to trudno się zatrzymać. Nie potrafiłam jednak żyć we wstrzęmięźliwości płciowej (myślę, że dlatego, że Boga w naszym związku próżno było szukać). Bardzo się też bałam zostać sama. W pewnym momencie musiałam wybrać: albo on albo Bóg. Bo godzić takiego życia z konkretnym szóstym przykazaniem, jakie przekazuje nam kościół, nie potrafiłam.

Do kościoła wprawdzie chodziłam, ale raczej z powodu moich rodziców, przez których mozna powiedzieć "byłam zmuszana" do chodzenia do kościoła. Zatem chodziłam dla tzw. świetego spokoju (które to miano noszą sprawy, które dla wygody zostawiamy takimi, jakie są, idziemy na kompromisy, choć w głębi nie czujemy, że czynimy słusznie).

Kiedy wyjechałam na studia, postępowałam już tylko tak, jak na to miałam ochotę. Kierowałam się tym, co przyjemne. W końcu omotałam się przez grzech. Zrobiłam wiele złego. I to nie jest abstrakcyjne pojęcie. Świadomie i dobrowolnie przekraczyłam każde przykazanie w rzeczy ważnej. Nie chcę pisać o tym, co dokładnie zrobiłam. Wciąż jeszcze są rany, które nie są zabliźnione i potrzebują czasu. Choć zapewne świadectwo o tym, jak wiele złego człowiek uczynił i jaka łaska pomimo całego zła na człowieka spłynęła, byłoby tym dosłowniejsze...

Dwa lata temu znalazłam się na dnie. Kiedy zobaczyła do czego mnie doprowadziło takie życie, pomyślałam sobie, że u Ojca (tego z przypowieści) było mi lepiej. Na mojej drodze Pan stawiał kolejne osoby, które pomagały wydźwignąć mi się z bagna. Zaczęłam zapraszać Go do mojego życia. Bóg wchodził w kolejne sfery mojego zycia. Delikatnie, powoli, abym mogła wszystko po kolei uświadomić sobie, przyjąć do serca.

Często wracam do tego doświadczenia po nawróceniu. Pan mi dał odczuć Swoją bliskość, spokój w sercu. Zawsze sobie wyobrażałam, że spotkanie z Bogiem, to jakieś uniesienie, przeżycie silne (często słyszałam opowieści tych, którzy należeli do Odnowy w Duchu Św. i troszkę wypaczyło to moją wyobraźnie). Pan przychodzi w lekkim powiewie wiatru. I nawet ten lekki wiatr jest tak silny, że przemiania życie. Zobaczyłam w końcu, że Bóg jest w tym, co niesie życie codzienne. Hmm, trudno mi opisać głębię tego doświadczenia. Przez cały ten czas od nawrócenia, kiedy miałam ochotę zrezygnować z tej drogi, gdy przypominałam sobie to doświadczenie, pozostawałam pomimo trudności.

Na rekolekcjach zrozumiałam (nie chodzi mi o poznanie intelektualne, ale o to, że prawda, która często była powtarzana i której zasadność rozumiałam, została doświadczona) wiele rzeczy.

Wydaje mi się, że zabrakło najważniejszego: Miłości (homilia o. Wojciecha). Nie potrafiłam nigdy przyjąc jej, szczególnie w tym czasie nawracania. Uważałam, że jestem do niczego, grzeszna i nie zasługuję na takie coś jak miłość (dla mnie zawsze abstrakcja). W końcu na rekolekcjach moje pragnienie Boga było tak wielkie, że dałam za wygraną (bo walczyłam ze sobą, przecież trzeba być silnym) i otworzyłam się na kochającego Jezusa, który mnie przytulił do swojego policzka. To jest dla mnie wciaż coś niesamowitego z jednej strony i zupełnie normalnego (no bo o ekstazie, jaką sobie wyobrażałam nie mogło być mowy). Okazało się, że Bóg mnie pokochał, dlatego zaistniałam na tym świecie. Własnie ja, Ewelina. I takiego człowieka, takiej właśnie Bóg pragnął. Zależy Mu na mnie i ma konkretny plan dla mnie (jeszcze niestety nie wiem, co jest Jego wolą, gdzie mam służyć).
Poprzez to doświadczenie potrafię zaakceptować to, że w ogóle jestem. Tak naprawdę nienawidziłam życia. I miałam za złe - rodzicom, Bogu - że istnieję i muszę się męczyć na tym świecie. To, że jestem kobietą, że mam emocje, że do części mnie, jako człowieka, należy też sfera seksualna - wszystko to, nie było akceptowane przeze mnie. Chciałam być silną, niezalezną istotą, która postępuje rozumnie.

Zauważyłam też, że w tym dążeniu do Boga, było wiele z takiego dążenia do samodoskonalenia, perfekcjonizmu. To ja muszę być najlepsza, starać się, by być idealną. Może żeby zasłużyć na coś? A może też zwyczajny egocentryzm. W każdym razie teraz wiedząc, że Pan kocha mnie z moimi wszystkimi słabościami - oprócz poczucia zawstydzenia, żalu, że znów nie postąpiłam najlepiej jest wyjście do bezinteresownego, kochającego Boga, a nie samo okrutne samooskarżenie.

Zaczęłam dostrzegać wartość życia, aż trudno mi to napisać - ale cieszę się nim. Wierzę, że Bóg ma swój plan dla mnie. Zresztą, widać po tym, co napisałam, jak prowadzi mnie do Siebie. Skoro zatem mnie stworzył, ukochał, ciągle przyciąga do Siebie, to po coś tutaj jestem. Zatem: moje życie ma sens.

To, co było dla mnie też cenne w tych rekolekcjach to konferencja kończąca. Każdy wyjeżdża z niesamowitymi postanowieniami, idealną wizją, że może cały świat naprawi. Ale... hmm, "nie od razu Rzym zbudowano". Pomimo tego, że i tak musiałam się zderzyć z codziennością, problemami, spojrzałam spokojniej. Nie obwiniam się i nie użalam, że taki marny swiat, i ja nic nie potrafię. Myślę sobie, że wieczność to te cząstki teraźniejszości, to nieuchwytne teraz i właśnie w tym co robię w tym momencie, co myślę, co mówię - powinnam starać się służyć Panu i pozostać Mu wierną.

Znalzłam też formę duchowości, która mi odpowiada. Widzę, że duchowość ignacjańska jest tą, której długo szukałam...
Wiem też, że praca nade mną jest konieczna (terapia u psychologa). Nie zniknęły nagle wszystkie problemy. I dziękuję za to Bogu. Ustrzega mnie przed pychą. Wiem, że jeszcze wiele trudnych, bolesnych doświadczeń będzie moim udziałem. Ale ufam, że u boku Kochającego i Miłosiernego Boga bieg ukończę i wiary ustrzegę.

Dziękuję za Ojca konferencje, wprowadzenia do medytacji. Poprzez Ojca słowa, Bóg mnie tak konkretnie dotykał i odpowiadał na wiele pytań. Jestem też wdzięczna pozostałym osobom (Ojcom, osobie towarzącej)...

Bóg zapłać

Z modlitwą

Ewelina